Kiedy pierwszy raz usłyszałam o marce Genyum, ktoś powiedział: „To perfumy, które nie pachną inspiracją artysty, tylko jego rzeczywistością”. I to zdanie zrobiło na mnie ogromne wrażenie, bo w świecie perfum często mówi się o sztuce, ale niewiele marek naprawdę potrafi ją dotknąć.
Genyum to robi. Nie tworzy pięknych, wygładzonych historii, tylko zabiera nas do miejsc, w których sztuka naprawdę się rodzi: do gorących pracowni, do zakurzonych warsztatów, na scenę, przed sztalugi, nad kartkę papieru. Tam, gdzie powstają emocje, które później kształtują świat.
Markę stworzyła Anna Torrents, kobieta wychowana wśród artystów, dostrzegająca nie tylko gotowe dzieła, ale cały proces: mozolny, brudny, piękny i uzależniający. Jej perfumy mają oddawać zapach ciała, narzędzi, pigmentów, tuszu, farb, drewna czy nagrzanego metalu. To, co prawdziwe. A jednocześnie bardzo poetyckie, bo Genyum opowiada o ludziach, którzy tworzą, by nie zginąć w przeciętności. O tych, którzy wierzą w coś więcej niż codzienność.
Do tego wszystkiego marka jest skrajnie uważna wobec świata: używa składników wegańskich, nietestowanych na zwierzętach, pozyskiwanych odpowiedzialnie; opakowania pochodzą od lokalnych producentów, a naturę traktuje z szacunkiem, nie jak dekorację. To nie jest marketingowa etykietka, tylko realna filozofia, którą widać w każdym szczególe.
W kolekcji znajduje się dziewięć zapachów, ale dziś chcę opowiedzieć Wam o czterech, które zrobiły na mnie największe wrażenie - i które idealnie pokazują duszę Genyum. Pierwszy z nich to Painter.
Zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie, że znajdujecie się w pracowni malarza. Dookoła dostrzegacie rozstawione płótna, metalowe puszki pełne pędzli, farbę rozlaną na stole, a powietrze przesycone impulsami, które dopiero za chwilę staną się obrazem. Painter otwiera się mocnym, pikantnym pieprzem, który działa jak pierwszy, zdecydowany ruch dłoni po białym płótnie. Po chwili pojawia się nuta alg morskich, które dodają kompozycji chłodnego, lekko wodnego charakteru, tak jakby ktoś opłukiwał pędzle w metalowej misie. Na koniec na skórze zostaje wetiwer: suchy, ziemisty, stabilny, trzymający wszystko w ryzach.
Painter jest świeży i aromatyczny, ale z pazurem. Bardzo współczesny. Może kojarzyć się klimatem z Bois Imperial, choć to zupełnie inny świat, inny gest pędzla. Dla mnie to zapach kreatywności z nutą niepokoju.
Z kolei Ballerina to zupełnie inna historia: subtelna, miękka, świetlista. Pachnie sceną tuż przed występem: satyną, tiulem i pudrem. Na początku czuć różę damasceńską, ale delikatną, nieteatralną. Po chwili dołącza irys: suchy i pudrowy, jak muśnięcie skóry jedwabnym materiałem. Na koniec zostaje wanilia, która nie jest słodka, ani ciężka. Raczej kremowa i jasna... niemal pastelowa. Jest w tym zapachu coś poruszającego: poczucie niewinności połączone z ogromną dyscypliną i pasją. Po czasie Ballerina układa się na skórze jak piękna, lekko upudrowana, naturalna, czysta woń. Idealna dla osób, które szukają elegancji bez nachalności.
Kolejnym zapachem, o którym chciałabym opowiedzieć jest Writer. Tutaj zamiast sceny czy pracowni malarskiej wchodzimy do pokoju, gdzie stoi biurko, lampa i czysta kartka papieru. Pachnie trochę atramentem, drewnem i przede wszystkim ciszą, która sprzyja myślom. Writer to róża, ale nie romantyczna i słodka - raczej poważna, skupiona i dymna. Na początku w zapachu mocniej wybrzmiewa olibanum, wprowadzając odrobinę tajemnicy. Trochę jak mgiełka kadzidła snująca się w powietrzu. Cypriol dodaje ostrości, suchości i lekko ziemistego charakteru. Ten zapach ma w sobie mądrość i dojrzałość. Jest jak opowieść, którą czytasz powoli, bo każde zdanie ma znaczenie.
Ostatni z mojej czwórki to Tattoo Artist. Najbardziej cielesny z całej kolekcji. To zapach bliski, intymny i niezwykle odważny. Otwiera się naturalnie - ciepło, aromatycznie, prawie że skórzanie, choć bez klasycznych nut skóry. Pojawia się lawenda - taka prawdziwa, surowa i roślinna. Później wybrzmiewa cedr - suchy, drzewny, miękki. Na koniec dochodzą szafran i kardamon, nadające całości lekkiej ostrości i orientalnej, zmysłowej głębi. Tattoo Artist nie jest słodki, nie jest gładki - jest nieco ostry, nieco surowy i zdecydowanie prawdziwy. Idealny dla tych, którzy nie boją się być sobą.
Genyum jest marką, która zachwyca mnie tym, że nie udaje. Nie pokazuje tylko piękna, pokazuje również proces tworzenia. A proces bywa surowy, nieoczywisty, nierówny, czasem pełen chaosu. I dlatego tak trudno o nim opowiadać w perfumach. A jednak tutaj to działa. Każdy z tych zapachów ma duszę. Każdy pachnie jak opowieść.
I mogę tylko powiedzieć: jeśli kochasz perfumy niszowe za emocje, jeśli chcesz nosić coś, co nie przypomina żadnych innych kompozycji, to Genyum naprawdę warto poznać. Ja przepadłam. I mam wrażenie, że nie jestem jedyna, która wyjdzie z tej historii pachnąc trochę jak artysta.
Już teraz możecie odkryć całą markę w naszej perfumerii stacjonarnej oraz online na sillage.pl - wystarczy pozwolić tym zapachom opowiedzieć własną historię na Waszej skórze.






































Cookies